Spadochron się nie otworzył
Treść
Donald Tusk ma problemy ze znalezieniem miejsca na listach dla Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Była poseł PiS i szefowa partii Polska Jest Najważniejsza ma wystartować do Sejmu z pierwszego miejsca w okręgu rybnickim. Ale przeciwko temu są lokalni działacze Platformy Obywatelskiej, którzy nie chcą u siebie politycznego spadochroniarza. Podobną niechęć w Warszawie wzbudza zapowiedź kandydowania z listy PO Dariusza Rosatiego, ministra w rządach SLD - PSL i eurodeputowanego lewicy.
Przyjazd Joanny Kluzik-Rostkowskiej na krajową konwencję Platformy Obywatelskiej do leżącej na granicy Gdańska i Sopotu Ergo Areny wydawał się wskazywać, że była szefowa prezydenckiej kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego jest już dogadana z Donaldem Tuskiem i wystartuje jako kandydatka PO do Sejmu. Miała mieć pierwsze miejsce na liście w Rybniku, ale teraz nie jest to już takie pewne. Do sierpnia, gdy mają być ostatecznie zatwierdzone nazwiska kandydatów Platformy do Sejmu i Senatu, wiele się jeszcze może wydarzyć. A już teraz działacze PO z Rybnika wyrażają niezadowolenie z takiej decyzji i sygnały te docierają do Tuska.
- Wywołuje to mieszane uczucia - mówił dziennikarzom poseł Marek Krząkała, który otwierał listę PO w Rybniku, dopóki nie pojawiła się kandydatura Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Ale żeby nie podważać decyzji Donalda Tuska, podkreślał, że szanuje zdanie władz partii, bo taka decyzja mogłaby wzmocnić Platformę. Jednak partyjne doły mają zupełnie inne zdanie.
Skąd wystartuje Kluzik-Rostkowska?
Nieoficjalnie działacze PO zapowiadają, że będą bojkotować kampanię Kluzik-Rostkowskiej, jeśli będzie ona "jedynką", i będą namawiać po cichu wyborców, aby nie głosowali na liderkę listy. A taka szeptana propaganda może być bardzo skuteczna. Rybnik ma także, jak wynika z naszych informacji, poparcie władz śląskiej PO, choć oficjalnie liderzy partii w tym województwie - jak szef klubu parlamentarnego Tomasz Tomczykiewicz i marszałek województwa śląskiego Adam Matusiewicz - wypowiadają się bardzo pozytywnie o tym politycznym transferze. Tymczasem to przecież sam Tomczykiewicz zablokował start Kluzik-Rostkowskiej z Katowic, gdzie "jedynką" ma być minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska - i wtedy pojawił się wariant z Rybnikiem.
Okazuje się, że polityków rządzącej partii ze Śląska nie przekonują tłumaczenia, iż Kluzik-Rostkowska pochodzi z tego regionu (urodziła się w Katowicach), bo jej działalność zawodowa i polityczna była związana głównie z Warszawą. Na Śląsku wypominają jej, że już po maturze wyjechała do Warszawy na studia. Ale chodzi też o to, że obawiają się oni, iż zamiast wzmocnić PO w Rybniku, liderka listy może jej zaszkodzić. W 2007 roku Platforma wygrała tu co prawda z PiS stosunkiem głosów 44 do 36 proc., ale obie partie dostały po cztery mandaty (jeden poseł jest z SLD). Gdyby część wyborców PO zbojkotowała głosowanie, co jest możliwe, bo Kluzik-Rostkowska to dla nich wciąż "pisiara", wtedy partia przy gorszym wyniku mogłaby nawet stracić jeden mandat. Zresztą w Rybniku i tak tworzenie list nie było łatwe. Pierwsze miejsce przypadło posłowi Markowi Krząkale, szefowi partii w tym mieście. Drugi jest inny poseł - Krzysztof Gadowski, ale z powodu parytetów kolejni posłowie są już znacznie niżej: Henryk Siedlaczek - czwarty, a Ryszard Zawadzki - szósty. Teraz mieliby spaść przynajmniej o jedną pozycję niżej, co powoduje, że jeszcze bardziej maleją ich szanse na utrzymanie miejsca w Sejmie. Jeden z kandydatów musiałby nawet wypaść z listy pretendentów do stanowiska posła. Dlatego rybniccy działacze cały czas liczą na to, że Kluzik-Rostkowska u nich nie wystartuje, i naciskają na swoich szefów, aby znaleźli miejsce dla byłej wiceminister pracy w innym okręgu.
Joanna Kluzik-Rostkowska nie jest więc mile widziana w rządzącej partii, mimo oficjalnie wypowiadanych do niej ciepłych słów powitania. Zresztą jak wynika z naszych nieoficjalnych informacji, pierwszy pomysł Donalda Tuska polegał na tym, aby nowa twarz Platformy wystartowała w Łodzi, gdzie listę otworzy minister infrastruktury Cezary Grabaczyk. Kluzik-Rostkowska w 2007 roku właśnie w tym mieście zdobyła mandat poselski z listy PiS. Ale na pewno Grabarczyk nie ustąpiłby z "jedynki", trudno też byłoby oczekiwać, aby posunęli się na liście poseł Iwona Śledzińska-Katarasińska (jest druga) i minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski (trzeci). Była szefowa PJN gotowa była nie upierać się przy pierwszym miejscu dla siebie, ale nie satysfakcjonowało jej też umieszczenie na pozycji niższej niż trzecia. Ostatecznie Tusk ten pomysł szybko zarzucił, gdy sprzeciwili mu się Grabarczyk i łódzki baron PO Andrzej Biernat (sam zawsze kandyduje z Sieradza). I dlatego pojawił się kierunek śląski.
Kogo wypchnie Rosati?
To, co dzieje się na Śląsku, może się wydarzyć także w Warszawie. Tutaj do Sejmu ma startować Dariusz Rosati, eseldowski minister spraw zagranicznych (1995-1997) w rządach Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza i były eurodeputowany lewicy (2004-2009). Rosati przekonuje, że przechodzi do PO z powodów ideowych, aby m.in. "nie dopuścić do powrotu do władzy PiS". Na razie jednak jego start wywołuje co najmniej mieszane uczucia w warszawskiej PO. Lista jest tu zatwierdzona, pierwszy będzie premier Donald Tusk, druga poseł Małgorzata Kidawa-Błońska, a trzeci minister finansów Jacek Rostowski. Czy ktoś z nich ustąpi miejsca Rosatiemu? To możliwe, bo PO liczy w Warszawie nawet na 12 mandatów. Ale wysokie miejsce dla byłego eseldowskiego ministra jest nie do przyjęcia dla innych kandydatów, tym bardziej że nawet przed ogłoszeniem akcesu Rosatiego do PO ta lista miała być oprotestowana i szykowane były skargi przez kilku posłów do władz krajowych PO, mających zatwierdzić listy regionalne. - A podobno z Rosatim ma na listę przyjść jeszcze jakiś lewicowy działacz. Jeśli to prawda, lista będzie rozwalona, a partia podzielona - mówi nam warszawski polityk Platformy. Jak dodaje, działacze z tego powodu z ulgą przyjęli wieści, że jednak do PO nie przejdzie poseł SLD Ryszard Kalisz, bo to jeszcze bardziej skomplikowałoby sytuację.
Osoba z kierownictwa krajowego Platformy Obywatelskiej mówi nam, że transfery polityczne zasadniczo źle wpływają na sytuację wewnętrzną w partii. - Oczywiście, przeciąganie osób z innych ugrupowań może być korzystne, może w pewnych warunkach nas wzmacniać, ale teraz premier przesadził. Taka operacja powinna być przeprowadzana na długo przed wyborami, przed tworzeniem list kandydatów do Sejmu i Senatu. Wtedy nie byłoby tych konfliktów, jakie teraz widzimy - mówi poseł. - W dodatku akurat te ostatnie transfery mogą nam bardziej zaszkodzić, niż pomóc - dodaje. Inny z parlamentarzystów jest zaś przekonany, że Donald Tusk nie będzie pomagał ani Kluzik-Rostkowskiej, ani Rosatiemu. - Załatwi im miejsca na liście, ale do samej kampanii nie będzie się wtrącał, a nawet będzie życzliwie patrzył na to, jak nasi ludzie będą sabotować ich kampanię. Na pewno premier nie będzie płakał, gdy Joanna Kluzik-Rostkowska, Dariusz Rosati czy inni "spadochroniarze" nie dostaną się do Sejmu. Mamy nadzieję, że ich szanse wyborcze okażą się tak samo złudne jak Mariana Krzaklewskiego w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku - wyjaśnia nasz rozmówca.
Krzysztof Losz
Nasz Dziennik 2011-06-17
Autor: jc